2012.04.16.5

WODA I KOŚCI


Jesteśmy małżeństwem 33 lata.

Nasze małżeństwo określiłabym jako przeciętne. Praca, dom, wychowanie dzieci, kościół.

Po przeżyciu razem ćwierć wieku zaczęło mi czegoś brakować w naszym małżeństwie. Nawiązywałam rozmowy z mężem, ale on albo zajęty i chwytał moje słowa między wersami, albo zmęczony i zasypiał. Jeśli się odezwał, to tylko z wyrzutami. Zaistniało między nami wiele zła, egoizmu, frustracji. Było wiele krzyku, udowadniania racji. W efekcie, siedząc przed telewizorem rzuciliśmy hasło, że tak dłużej nie można żyć: rozwodzimy się. Hm… Jednak kalkulacja wypadła dość mizernie. Dzieci dorosłe, to może zrozumieją, ale łączy dotychczasowy dorobek.

Następnego dnia stoję w kuchni przed oknem, przyrządzam posiłek. Widzę, że jak co dzień, otwiera się brama i wyjeżdża Janek. Prowadzi samochód. Jednocześnie w telewizji pokazują reportaż z wypadku. Widzę rozerwanego człowieka. Zaczęły kłębić się we mnie myśli. Kim jest człowiek? W głównej mierze: woda i kości. Jaki cel i sens życia, skoro człowiek jest tak bardzo delikatnym stworzeniem? Czy warto myśleć o dalekiej przyszłości, czy raczej interesować się dniem następnym?  

Od trzech lat chodziłam na codzienną Eucharystię, ale tego dnia wyglądałam chyba bardzo źle, bo po mszy, podeszła do mnie koleżanka i zapytała, co u mnie? Opowiedziałam jej swoje bolączki. Tak się złożyło (?), że ona zaczynała prowadzić Kurs Skutecznego Rodzica. Są to warsztaty o komunikacji. Zdecydowałam się w nich uczestniczyć. Moja przemiana zaczęła być odczuwalna. Gdy mąż huczał, to wychodziłam, by go nie drażnić, zamykałam się w swoim pokoiku i się modliłam. On natomiast, jak się okazało później, był jeszcze bardziej rozwścieczony. Chciał mi przeszkadzać, ale coś go blokowało i nie mógł przekroczyć bariery progu. Zaczął się zastanawiać, o co chodzi? Po kursie moje zachowanie się zmieniło i zaczęło być zauważalne przez członków rodziny. Ta sama koleżanka zaproponowała uczestnictwo w rekolekcjach z Indyjczykiem o. Jansem Manjackalem. Pan Bóg zasiał we mnie prawdę, że żeby być dobrym chrześcijaninem, to trzeba spełnić 5 warunków: codzienna Eucharystia, czytanie Pisma Świętego, częsta spowiedź, przebaczenie wszystkim i wstąpienie do wspólnoty. Pierwsze 3 warunki miałam opanowane, ale następne 2 były dla mnie wyzwaniem. Przez posługę modlitewną o. Jamesa mogłam w sercu wybaczyć konkretnym ludziom, ale trzeba było jeszcze pójść i spotkać się z danym człowiekiem. Doświadczenie wybaczenia i poproszenia o wybaczenie w imię Jezusa Chrystusa mego męża, taty i siostry, przełamało moją pychę i egoizm, zweryfikowało myślenie o sobie.Zaczęłam chodzić na spotkania wspólnoty Kairos. Tam zaczęłam budować relację z Bogiem. Pan Bóg posłużył się znajomymi osobami, by mąż razem z nami wyjechał na rekolekcje z o. Bashoborą (brakowało kierowcy). Pan Bóg ma swoje dróżki i plany.Podczas jednej z modlitw Pan Bóg uzdrowił męża z niedosłuchu na prawe ucho. Mój skarb jednak uznał, że nie jest godny takiej łaski, że stało się tylko „jakimś przypadkiem”, nazwał to rykoszetem, bo kobieta obok też została uzdrowiona z niedosłuchu. Nie uwierzył i po pewnym czasie wróciła choroba. Pewnej niedzieli, w kościele parafialnym ksiądz ogłosił, że powstaje krąg Domowego Kościoła. Jest to wspólnota dla małżeństw sakramentalnych. Poszliśmy na spotkanie organizacyjne i chwała Panu, bo czerpiemy z niej do dziś pełnymi garściami. Formujemy nasze małżeństwo, a Pan Bóg otwiera nasze serce i oczy, i możemy zobaczyć, jak wiele cudów dokonuje w naszej codzienności.

Jan i Marcjanna